Pora chudych myszy, czyli wywiad z Autorem ;)

Pora chudych myszy, czyli wywiad z Autorem ;)

http://blog.ksiegarniagliwice.pl/ksiazki/pora-chudych-myszy-czyli-wywiad-z-autorem/

wojciech

Wojciech Bauer, mieszkający w Gliwicach pisarz, humanista, nałogowy czytelnik, były muzyk, czynny i bierny wielbiciel słowa, właśnie wydał szóstą powieść. „Pora chudych myszy” to thiller kryminalny. Choć nie do końca. Rzecz rozgrywa się w podziemiach śląskiej kopalni. Choć nie tylko.

O życiu, twórczości i dalszych planach literackich rozmawiamy z Autorem przed spotkaniem z Czytelnikami, na które zapraszamy 3 czerwca do Mercuriusa (więcej szczegółów wkrótce):

Kim Pan jest, Panie Wojciechu, czyli o pisarzu słów kilka…

Musiałem się chwilę zastanowić, bowiem trudno mi określić, która z wielu moich wersji jest tą wiodącą. Mógłbym tu przepisać notkę z Wikipedii i w jakiś sposób to też byłby mój wizerunek, jednak to nie ten zwyczajny, ludzki, do którego przyznaję się przed sobą w głębi ducha. Kim jestem dla siebie? Chyba najpierw humanistą. Nałogowym czytelnikiem, byłym muzykiem, wielbicielem słowa – aktywnym i pasywnym, w sensie jego odbioru oraz tworzenia. Inne moje odmiany podam już chronologicznie: najpierw zostałem inżynierem i byłem nim czynnie przez dziesięć lat. Stąd moja znajomość realiów kopalni, choć pisząc „Porę chudych myszy” obawiałem się, czy to moje doświadczenie trochę się nie przeterminowało, bo to już 27 lat mija, jak zamknąłem ten rozdział, a technika jednak idzie naprzód, także w górnictwie. Potem zostałem menedżerem, głównie w branży finansowej i jestem nim do dziś, choć ostatnio jakby mniej intensywnie, a i branża trochę mniej jest z finansami związana. Pisarzem zostałem na końcu i raczej hobbystycznie, bo jak oboje wiemy, wyżyć z tego daje radę mało kto. Mimo to właśnie ta ostatnia aktywność odpowiada mi najbardziej i chętnie poświęciłbym się jej bez reszty, gdyby nie – wiadomo – kredyty…

Karierę pisarza rozpoczął Pan od gatunku fantasy. To dosyć popularna ścieżka wśród polskich literatów. Jak Pan myśli, dlaczego tak jest? Prawdziwe życie za słabo inspiruje?

To co powiem, może nie spodoba się twórcom tego gatunku, ale wg mnie debiutantom, aspirującym do miana literata, wydaje się, najczęściej podświadomie, że fantastyka to bardzo łatwy do tworzenia dział literatury. Bo w zasadzie wystarczy wyobraźnia, szczególnie w przypadku fantasy, gdzie nie ma ryzyka blamażu technicznego czy socjologicznego. Smoki i krasnoludy nie wymagają rzetelnego researchu, wystarczy dać upust fantazji. Aby pisać o prawdziwym życiu, trzeba o nim cokolwiek wiedzieć lub mieć wrażliwość i wyobraźnię sprofilowaną szerzej niż tylko na pisanie baśni. Pisanie o życiu to trudna rzecz, choć oczywiście jest grupa, dość wąska, pisarzy, dla których to właśnie fantastyka jest organicznym polem tworzenia i chwała im za to, bowiem to oni tworzą markę i pilnują jakości tego gatunku literatury. Ale jest ich niewielu, paru w skali krajowej, kilkudziesięciu w skali świata. Reszta tych, którzy zaczęli w fantastyce, albo znajduje sobie miejsce w innych gatunkach, jeśli mają talent, albo pałętają się po obrzeżach fantastyki w poczuciu niespełnienia, gdy talentu nie wystarcza. W moim odbiorze tak to niestety wygląda: półki z fantastyką wypełnione są dziełami, które na to miejsce nie zasługują.

Pierwszą książkę wydał Pan w roku 1991. Potem umilkł Pan na kilkanaście lat. Z jakiego powodu?

Po upadku wydawnictwa KAW, gdzie wydawałem i gdzie moją książkę zdjęto z maszyn drukarskich tuż przed jej wyjściem na rynek, zniechęciłem się do pisania. Na dodatek przyszły fascynujące czasy tworzenia nowej rzeczywistości, która wydawała się od literatury znacznie atrakcyjniejsza. Zaangażowałem się w biznes, w zarządzanie, i na pisanie zabrakło czasu i motywacji. Dopiero gdy mi się życie ustabilizowało, gdy już, jak się zdawało, doszedłem do granicy rozwoju menedżerskiego, wróciła chęć i motywacja do pisania. To była fajna odskocznia od codziennego stresu, fajny rodzaj hobby.

Fantasy, realizm magiczny, proza psychologiczna, wreszcie thriller kryminalny… Panie Wojciechu, wydaje się, że jest Pan pisarzem wszechstronnym, a jednak Pana książki łączy wspólny mianownik – chętnie porusza Pan tematy z pogranicza rzeczywistości i nie wiem, jak to nazwać: magii, podświadomości, tego „czegoś więcej”, co jest nad nami. Pan – inżynier, bankowiec? Odrobinę to zaskakujące i… intrygujące! Proszę się wytłumaczyć :)

Bo tak naprawdę moja „technokratyczność” jest powierzchowna i naskórkowa. Ci, którzy mnie znają bliżej, wiedzą, że najpierw zawsze byłem „artychą”, niemal od małego, a na pewno od czasów szkoły średniej. Zawsze we mnie walczyły ze sobą racjonalność i odlot. Przeważnie zwyciężała racjonalność, choć nie powiem, żeby mnie to cieszyło. Poczucie życiowej odpowiedzialności było jednak silniejsze niż chęć wolności za wszelką cenę i dzięki temu jestem dziś poważanym menedżerem i biznesmenem. Ale ta lekko szalona część mnie zawsze gdzieś tam jest i objawia się nie tylko napadami pisarskiego natchnienia, ale też odjazdami twórczymi od realizmu w stronę magii i snu. Nie lubię i chyba też nie bardzo potrafię być tak do końca realistyczny i na serio. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale taki jestem. Realizm, taki stuprocentowy, nudzi mnie i męczy.

Porozmawiajmy o Pana najnowszej powieści. „Pora chudych myszy” to zaskakująca książka. Z jednej strony klasyczny thriller kryminalny. Jest zagadka do rozwiązania, jest mroczna atmosfera, są zniszczeni życiem, niejednoznaczni bohaterowie. Z drugiej jednak strony ta powieść to coś więcej niż thriller. Osobiście odczytuję ją jako swojego rodzaju manifest życiowy i ekologiczny. Nie chcę zdradzać Czytelnikom treści, poproszę zatem tylko o krótką odpowiedź – czy moje czytelnicze odczucia idą w dobrą stronę?

Aż tak bardzo poważnie, to chyba nie, ale owszem, jest w tym coś z manifestu. Tylko czy życiowego i ekologicznego? Zostawiłbym to czytelnikom. Zawsze definitywne odpowiedzi zostawiam czytelnikom, oni najlepiej wiedzą, co pisząc miałem na myśli. Często lepiej niż ja. I wcale tu nie żartuję, w końcu pisarz pisze, a Pan Bóg słowa niesie. Co one oznajmią czytającym? Naprawdę twórca nie jest tego w stanie w pełni określić. Doświadczam tego za każdym razem, gdy coś czytelnikom przedstawiam do oceny.

Cała rzecz dzieje się u nas, na Śląsku. W kopalnianych podziemiach, ale także na powierzchni. Urzekło mnie to, że postaci posługują się naszą gwarą. Tym bardziej, że nie jest Pan rodowitym Ślązakiem…

Uwielbiam zabawę słowem, a co może być wdzięczniejszą materią tej zabawy od autentycznej gwary, mającej wiele cech odrębnego języka, a jednocześnie będącej autentycznym obrazem ewolucji polszczyzny, językowym wykopaliskiem nieomal, do tego żywym, używanym w sposób naturalny i jeszcze powszechny w tych stronach? Mam ucho, może z uwagi na praktykę muzyczną, do gwar. Nie dotyczy to tylko śląskiego, z równą pasją wskrzeszałem w mojej powieści „Zapach trzciny” cienie gwary mazurskiej, której już prawie nie ma. I pewnie to nie koniec, z różnymi odmianami polszczyzny mam chęć zmierzyć się w kolejnych tekstach, nie wiem jeszcze z jakimi, ale bardzo mnie to kusi. Ze śląskim miałem stosunkowo łatwo, mieszkam tu, wśród Ślązaków, od 1973 roku, 10 lat pracowałem w górnictwie, a potem w bardzo zakorzenionym w śląskim środowisku banku spółdzielczym, gwara mnie otaczała, była równoległym narzędziem porozumienia do literackiej polszczyzny. Stąd mi to chyba nieźle wyszło.

Intryguje mnie główny bohater. Prywatny detektyw – w porządku, ale były esbek? Dlaczego właśnie ktoś taki? Skąd czerpał Pan wzorzec?

Przewrotnie powiem: z życia. Oczywiście każdy twórca szuka oryginalnego bohatera, z zestawem cech osobowościowych, które jeszcze się nie zużyły. Ale to nie do końca w tym przypadku prawda. Koniec moich studiów i początek pracy przypadł na bardzo burzliwy okres w historii Polski. Pierwszą pracę zacząłem w kopalni „Szczygłowice”, gdzie w roku 1981 uczestniczyłem w 7-dniowym strajku okupacyjnym, śpiąc na ławce w szatni, żywiąc się paker-zupką, a dniówki spędzając na objazdach przodków stojącej kopalni, otoczonej kordonem ZOMO. Solidarnościowy wybuch i potem stan wojenny zetknęły mnie z różnymi osobnikami, także takimi, których historie złożyły się na życiorys detektywa Andrzeja Nakoniecznego. Nie, nie było dokładnie takiej postaci. Można powiedzieć, że Nakoniecznych było kilku, złożyłem go niczym puzzle z kilku autentycznych osób, które poznałem, z którymi miałem do czynienia. Kopalnia „Szczygłowice” była bardzo aktywna politycznie w tamtych czasach, materiał więc miałem bogaty, nie tylko przy tworzeniu głównego antybohatera, ale również kilku innych postaci, które pojawiają się w książce.

 „Porę chudych myszy” czyta się świetnie, pod warunkiem, że człowiek zaakceptuje pewien literacki zabieg, jaki Pan w niej zastosował – akcja chwilami wyhamowuje. Są momenty zwolnienia, refleksji, przemyśleń bohaterów, których wiek i bogate przeżycia wręcz predestynują do filozofowania i psychologizowania. Moim zdaniem czyni ich to prawdziwszymi i nadaje głębi powieści, ale czy nie obawia się Pan tego, że Czytelnik mógłby oczekiwać po „Porze chudych myszy” jeszcze szybszego tempa?

No cóż, owszem, chciałem napisać powieść z komercyjnego nurtu thrillera, może horroru czy kryminału. Ale ja nie potrafię pisać tekstów błahych, skoncentrowanych tylko na akcji. Warstwa psychologiczna, życiowa, jest dla mnie równie ważna, a może nawet ważniejsza niż tempo i emocje. Chcę pisać historie, które mają odniesienie w realnym życiu, których bohaterowie nie są papierowi, gdzie oprócz akcji znajdzie się miejsce na trochę psychologii, socjologii a może i poezji. Wierzę, że taką literaturę warto tworzyć, niezależnie, czy będzie ona z nurtu uważanego za ambitny, czy tylko rozrywkowy. A że piszę dość lekko, nawet trudniejsze fragmenty tekstu nie powinny czytelnika odstręczać. Taką mam przynajmniej nadzieję.

Potrafi Pan budować atmosferę grozy. Czytając Pana najnowszą książkę, człowiek raz po raz odwraca się za siebie. Lubi Pan, jak inni autorzy Pana straszą? A jeśli tak, to którzy?

Nie cierpię, gdy się mnie straszy! Nie lubię oglądać ani czytać horrorów. Owszem, lubię Kinga, zwłaszcza w jego „strasznej” części twórczości, ale to wyjątek, bo King to w tej branży geniusz. Poza nim nie lubię nikogo. Ja jestem niespotykanie spokojny człowiek, bałem się, nawet gdy z ekranu padało nieśmiertelne „panie Pogorzelski, ja gorę!” i wcale mi to nie sprawiało przyjemności. Ale straszyć innych lubię, co mi nie raz wytykali najbliżsi. Taki paradoks mojej psychiki.

Panie Wojciechu – co dalej? W którą stronę podąży Pana twórczość? Czego powinien się w najbliższym czasie spodziewać Pana czytelnik?

Prawdę mówiąc – nie wiem. Z jednej strony kusi mnie, żeby kontynuować linię rozpoczętą przez „Porę chudych myszy” i zająć się na poważnie tworzeniem dobrej literatury komercyjnej. Nawet jakiś tam pomysł mi się tłucze po głowie. Z drugiej – najlepiej twórczo czuję się pisząc teksty w rodzaju „Spowiednika rzeczy” czy „Wszystkich nieb”. W przypadku „Spowiednika” zacząłem nawet coś w rodzaju jego kontynuacji. Ale mam świadomość, że to nie jest literatura, z którą przebiję się do szerszego gremium czytelniczego. Muszę więc wybrać: pisać dla szerokiego grona czytelników ze świadomością, że z czegoś rezygnuję, że coś poświęcam dla większej popularności, czy zostać w niszy, w której moje powieści bywają, jak np. „Zapach trzciny”, kanwą prac magisterskich, ale poza zachwytem paru niszowych koneserów nic z tego nie wynika, ani dla mnie, ani dla czytelniczego rynku. To prawdziwy dylemat i dziś nie wiem, co z niego wyniknie. Decyzję muszę jednak podjąć, i to wkrótce, jeśli chcę dalej być pisarzem, a chcę.

Dziękuję za rozmowę i czekam na spotkanie w Mercuriusie!

(z Wojciechem Bauerem rozmawiała Justyna Wydra)

„Porę chudych myszy” kupicie oczywiście w Mercuriusie i w naszej księgarni on-line. TUTAJ >>

Księgarnia Mercurius

Księgarnia Mercurius

Jesteśmy księgarnią techniczną oferującą literaturę naukową głównie dla studentów kierunków ścisłych. Posiadamy również bogaty dział z grami planszowymi i narzędziami modelarskimi.
Księgarnia Mercurius